Zagadka leczenia

Większość z nas uważa, że powodem bólu jest albo postępująca choroba, albo doznane urazy ciała. Takie pojmowanie bólu jest po­wszechnie przyjęte także we współczesnej medycynie. Większość przyszłych lekarzy nadal dowiaduje się na studiach, że wszystkie symptomy fizyczne, włączając w to ból, mają swoje źródła w choro­bie albo uszkodzeniu ciała. Tego typu podejście określane jest jako model choroby. Głównym więc zadaniem lekarza będzie zidentyfi­kowanie przyczyn występujących objawów, a następnie, za pomocą różnych metod, zlikwidowanie ich. Wydaje się jednak, że niewątpli­we sukcesy medycyny stosowanej w ramach takiego modelu trochę nas zaślepiły, nie pozwalając dostrzec wartości innych metod, zwłaszcza wówczas, gdy model medyczny jest mało skuteczny. Po­nieważ współczesna medycyna zanadto polega na modelu choroby, odnosi ona jedynie niewielkie sukcesy w leczeniu przewlekłych chorób, w tym także przewlekłego bólu. Wychodząc z założeń tego modelu, trudno dostrzec różnice pomiędzy bólem ostrym, który zwykle ma określone przyczyny, i przewlekłym, mającym liczne przyczyny, z których uraz ciała i choroba są tylko dwiema z wielu i nie zawsze nawet koniecznymi do jego zaistnienia. Decydujące znaczenie ma przekonanie, że ból jest objawem choroby. Pomimo tego, że możliwa jest choroba bez bólu (badania wykazują, że wiele osób z poważnymi zwyrodnieniowymi zmianami kręgosłupa nie skarży się na ból), nie jest zupełnie możliwe, według modelu me­dycznego, występowanie bólu bez choroby. Model ten jest uznawany zresztą nie tylko przez praktykujących lekarzy. Również pacjenci i ich rodziny powszechnie akceptują przyczynowo-skutkową istotę przewlekłego bólu. Jak zobaczymy w następnym rozdziale, wiele fałszywych mitów o bólu ma swoje źródło w tym właśnie modelu.

W wielu jednak przypadkach przewlekłego bólu choroba lub uszkodzenie ciała, które mogłyby ten ból wyjaśnić, nie dają się stwierdzić albo nie mogą być zdiagnozowane na podstawie współ­czesnej wiedzy medycznej i dostępnej technologii. Wówczas lekarz działający według założeń modelu medycznego jest bezradny, nie dzieje się bowiem nic, co mógłby on leczyć.

W innych jeszcze przypadkach bardzo silny ból, na jaki pacjent się skarży, w żaden sposób nie daje się wytłumaczyć nieznacznym tyl­ko urazem lub stanem chorobowym. Dlatego też leczenie skoncentro­wane wyłącznie na chorobie, nawet jeśli w skuteczny sposób wyeli­minuje domniemane przyczyny, nie jest w stanie zlikwidować bólu.

Są też choroby, które nawet jeśli dają się zdiagnozować, to nie dają się wyleczyć. Przykładem niech będzie tutaj reumatoidalne za­palenie stawów, którego objawy współczesna medycyna może łago­dzić, sama choroba jest jednak nieuleczalna. Jak więc z podanych przykładów widać, medyczny model bólu nie wystarcza, aby zrozu­mieć istotę przewlekłego bólu i skutecznie go leczyć. Oczywiście, podczas pierwszej wizyty u lekarza głównym celem powinno być sprawdzenie, czy istniejąca choroba jest uleczalna, a jeśli tak, to ja­kie metody będą najskuteczniejsze. Model medyczny świetnie się do tego nadaje. Jeśli jednak przeprowadzone badania nie wykazały żadnych nieprawidłowości, a pacjent ciągle uskarża się na ból, ogra­niczoność medycznego modelu staje się oczywista.

Poniższy przypadek wyraźnie pokazuje trudności, z jakimi bory­kają się zarówno lekarze, jak i pacjenci, gdy próbują zwalczyć prze­wlekły ból na podstawie modelu choroby.

Zbyszek był młodym mężczyzną. Podczas jazdy na nartach upadł i poczuł przeszywający ból w krzyżu. Chociaż ból ten wkrótce stał się łagodniejszy, Zbyszek zaczął utykać lekko na prawą nogę. Przez następnych parę dni oszczędzał się, unikał gwałtownych ruchów, mając nadzieję, że ból i trudności z poruszaniem się znikną. Kiedy to nie nastąpiło, już wyraźnie zaniepokojony udał się do lekarza. Po­nieważ lekarz nie był w stanie znaleźć przyczyn dolegliwości, wydał skierowanie do chirurga ortopedy. Po zebraniu szczegółowej historii wypadku i poprzednio przebytych chorób ortopeda polecił serię specjalistycznych badań. Polecił też, żeby pacjent na razie spędził parę dni w łóżku. Przejrzawszy wyniki badań, chirurg powiedział, że nie widzi poważnych uszkodzeń, i ponownie zalecił pacjentowi parę dni zupełnego odpoczynku. Ból jednak nie ustępował i po tygo­dniu pacjent znów udał się na wizytę do ortopedy, który powtórnie zapewnił go, że nic mu nie dolega i ból powinien za jakiś czas mi­nąć. Zasugerował pacjentowi również, że może znajduje się on pod wpływem zbyt dużego stresu, i przepisał środki przeciwbólowe, po­lecając zgłosić się za trzy tygodnie. Tym razem pacjent opuścił gabi­net już zupełnie zdezorientowany. ?Jak to się dzieje – pytał sam sie­bie – że odczuwam taki silny ból, a lekarz mówi, że nic mi nie dolega? A jeśli coś zostało przeoczone?” Ból się nie zmniejszał i pa­cjent, nie czekając trzech tygodni, znów odwiedził specjalistę. Tym razem lekarz, który był wyraźnie zniecierpliwiony, poddał myśl, że skoro badania nie wykryły przyczyny bólu, pacjent powinien na­uczyć się jakoś żyć ze swoją dolegliwością. Co więcej, zaproponował skierowanie do lekarza psychiatry, który może będzie w stanie le­piej określić przyczynę bólu.

Zastanówmy się przez moment, jak pacjent mógł się poczuć, otrzymując taką poradę? Na pewno wzbudziło to w nim wielki nie­pokój. Wiedział przecież dobrze, że ból nie tkwi w jego głowie i że na pewno go sobie nie wymyśla. Nie chciał też pogodzić się z fak­tem, że będzie zmuszony nauczyć się żyć z bólem do końca życia.

W podobnych do opisywanej tutaj sytuacjach pacjenci często słyszą, że ich stan może poprawić operacja albo że ból da się opano­wać za pomocą silnych środków przeciwbólowych. Większość pa­cjentów nie przyjmuje jednak do wiadomości, że są to jedyne roz­wiązania, obawiając się, i słusznie, ubocznych skutków ciągłego brania leków. Jeszcze mniej zachęcająca dla nich jest perspektywa poddania się operacji, zwłaszcza kiedy stan nie jest groźny dla ży­cia, a skutki operacji trudne do przewidzenia.

Impas, w jakim znalazł się wspomniany pacjent, znany jest mi­lionom ludzi cierpiących z powodu przewlekłego bólu. Nie należy jednak za to winić wyłącznie lekarzy. Tradycyjny model leczenia za­kłada, że zadaniem lekarza jest rozpoznanie źródeł choroby i jej wy­leczenie. Jeżeli więc lekarz nie może znaleźć przyczyny bólu, jego rola się kończy. Bardzo niewielka liczba lekarzy posiada doświad­czenie w leczeniu przewlekłego bólu i w niewielu zaledwie szkołach medycznych można zdobyć tego typu wiedzę. Typowy lekarz, do któ­rego pacjent z długotrwałym bólem zwraca się o pomoc, nie jest za­znajomiony z poznawczo-behawioralnymi metodami zwalczania bó­lu. Czasami wszystkim, co może on zaoferować pacjentowi, są puste frazesy typu: ?Będzie się pan/pani musiał jakoś nauczyć żyć z tym bólem”. Nie znaczy to oczywiście, że lekarze nie mają serca dla pa­cjentów, lecz jedynie, że zetknęli się z problemem, z którym nie umieją sobie poradzić. Mają oni nadzieję, że pacjent nauczy się znosić swoją dolegliwość, a w miarę upływu czasu ból zmniejszy się na tyle, że nie będzie sterował życiem pacjenta. Niestety, niewiele osób cierpiących z powodu przewlekłego bólu jest w stanie samo­dzielnie go kontrolować. Poza tym nie wiedzą, do kogo się zwrócić o pomoc. A jeżeli już uzyskają pomoc, szybko mogą się do niej znie­chęcić. Ich przypadek, który został zdiagnozowany jako jedna rzecz w klinice A, może być określony jako coś zupełnie innego w szpita­lu B. Często lekarze nie porozumiewają się w sprawach pacjenta we właściwy sposób albo nie porozumiewają się wcale. Niejednokrot­nie zdarza się, że pacjent bierze lekarstwa przepisane przez różnych lekarzy, którzy nie mają pojęcia, iż pacjent zażywa leki, które nie powinny być przyjmowane jednocześnie. Lekarz, nie mogąc wydać jednoznacznej diagnozy, wysyła pacjenta do innego specjalisty, ten znów do jeszcze innego i tak dalej. Pacjent nie tylko nie uzyskuje jasnej odpowiedzi na nurtujące go pytanie: ?Co mi dolega?”, ale za­czyna się czuć jak zaraza, której wszyscy unikają. Z konieczności, nie widząc dla siebie nadziei, godzi się na ból i ograniczenia, jakie wnosi on w jego życie, lub, z czystej desperacji, na przynoszące cza­sami jeszcze większy ból operacje.

Tak się też stało ze Zbyszkiem. W miarę jak nie ustępujący ból gnębił go coraz bardziej, był on badany przez kolejnych lekarzy. Ża­den z nich nie potrafił postawić trafnej diagnozy, tak że pacjent w końcu zaczął się obawiać, iż cierpi na jakąś poważną chorobę, wo­bec której medycyna jest bezradna. Rodziły się w nim podejrzenia, że lekarze nie mówią mu wszystkiego. Przypomniał mu się daleki krewny, któremu lekarze również nie potrafili pomóc w podobnej sytuacji i który w końcu zmarł na chorobę nowotworową. Nie chcąc pogorszyć stanu zdrowia, pacjent coraz bardziej ograniczał swoją aktywność. Nie pracował i miał teraz dużo czasu, aby rozmyślać o tym, co mu się przytrafiło. Momentami przychodziło mu nawet do głowy, że może rzeczywiście cały ten ból istnieje wyłącznie w jego wyobraźni i lekarze mają rację, mówiąc, że fizycznie nic mu nie do­lega. Jeśli więc nie fizycznie, to musi dziać się coś niedobrego z je­go umysłem! Momenty użalania się nad sobą przeplatały się z chwi­lami złości na lekarzy za to, że nie potrafią mu pomóc. Często bez powodu wyładowywał tę złość na żonie i dzieciach. Jego rodzina, która przez długi czas starała się go wspierać, zaczęła się teraz od niego odsuwać. Dzieci nie bardzo mogły zrozumieć, jak to się dzieje, że tata jest teraz cały czas w domu. Mimo iż miał dużo czasu, coraz rzadziej spędzał go z dziećmi; był coraz mniej sprawny fizycznie i nie mógł się z nimi bawić, a poza tym nie miał dla nich cierpliwo­ści. Początkowo znajomi próbowali wyciągnąć go na brydża albo mecz. Po jakimś czasie, zniechęceni ciągłymi odmowami, przestali się pokazywać. Przez parę pierwszych miesięcy koledzy z pracy dzwonili, później jednak okazało się, że nie mieli z nim o czym roz­mawiać, i te znajomości również się urwały. Zbyszek unikał też przy­padkowych spotkań, nie chciał bowiem ciągle się tłumaczyć, dlacze­go porzucił pracę, skoro lekarze mówią, że nic mu nie jest, i nie stwierdzają u niego żadnych wyraźnych objawów choroby. Denerwo­wały go również pytania, czy czuje się lepiej, i sugestie oraz domo­we porady rzekomo skuteczne w jego sytuacji. Jeden ze znajomych polecał nacieranie maścią tygrysią, która kuzynowi zdecydowanie pomogła. Inny natomiast twierdził, że nie ma nic lepszego na takie schorzenie, jak noszenie miedzianej bransoletki. Trzeci słyszał z ko­lei, że podobno ten uzdrowiciel z Filipin jest naprawdę doskonały. Krótko mówiąc, efektem takich spotkań było coraz większe zwąt­pienie i poczucie bezradności pacjenta, połączone z poczuciem bra­ku zrozumienia i totalnej izolacji. Pogarszał się też coraz bardziej jego nastrój. Brak widoków na powrót do zdrowia, a przynajmniej na zmniejszenie bólu, doprowadził go do depresji. Zamiast, jak to miał w zwyczaju przedtem, zasypiać wkrótce po położeniu się do łóżka, Zbyszek kręcił się i wiercił czasami do samego rana, po czym wstawał zmęczony i rozdrażniony. Poranne zmęczenie sprawiało, że w ciągu dnia zapadał w częste drzemki, co jeszcze bardziej zaburza­ło sen w nocy. Nawet jeśli udało mu się zasnąć, to ból natychmiast budził go, gdy tylko próbował w czasie snu zmienić pozycję. O sek­sie z żoną nie mogło być mowy, gdyż powodowało to zbyt duże nasi­lenie bólu. Poza tym spał teraz na kanapie, ponieważ jego ciągłe kręcenie się przeszkadzało żonie spać. Brak ruchu i aktywności do­prowadził do znacznej nadwagi. Nie używane mięśnie osłabły do te­go stopnia, że mógł się poruszać tylko za pomocą laski. Ponieważ próbował odciążyć prawą nogę, przenosił z konieczności ciężar ciała na lewą, co wkrótce wytworzyło wadliwą postawę. Duże ilości środ­ków przeciwbólowych przyczyniły się do ogólnego ruchowego spo­wolnienia. Pogorszyła się również sprawność jego umysłu i miał spo­re kłopoty z koncentracją uwagi.

W tym czasie Zbyszek stracił już nadzieję na szybki powrót do pracy. Ubezpieczenie wypłacało mu wprawdzie rentę, ale nie wy­starczającą do utrzymania dotychczasowego poziomu życia. Co wię­cej, musiał on co jakiś czas chodzić na badania kontrolne, aby nie stracić prawa do zasiłku. Często czuł się w urzędach jak natręt, zu­pełnie zdany, na łaskę urzędników. W zaledwie półtora roku po tym niegroźnym z pozoru upadku życie Zbyszka było całkowicie uzależ­nione od bólu, którego stał się on bezsilnym więźniem. Coraz mniej wierzył, że jego sytuacja kiedykolwiek ulegnie poprawie. Nie ma­my już żadnych wątpliwości, że wytworzył się w nim zaawansowany zespół przewlekłego bólu, na który zajmujący się nim specjaliści, mimo usilnych starań, niewiele mogli poradzić.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.